0122 maja 2010
Dwie pizze, które wprowadziły Bitcoin na stół
Laszlo Hanyecz nie wydał przyszłych miliardów. Wymienił dziesięć tysięcy niemal bezużytecznych wówczas jednostek na kolację — i pokazał, że kod może wejść do zwyczajnego życia.
We wtorek 18 maja 2010 roku programista z Florydy Laszlo Hanyecz siedział w Jacksonville i zamieścił na forum Bitcoina prostą ofertę: wyśle 10 000 bitcoinów temu, kto zapewni mu dwie duże pizze. Nie był bogaczem zamawiającym ekstrawagancką kolację ani inwestorem nieświadomym tego, co posiada. Należał do pierwszych ludzi testujących młody program i wydobywał monety w czasach, gdy prawie nie istniał dla nich rynek. Tym razem nie chciał kolejnej próby technicznej. Chciał, aby ktoś dostarczył prawdziwe jedzenie i przyjął za nie liczby, które dotąd żyły głównie pomiędzy kilkoma komputerami.
Oferta, do której nikt się nie spieszył
Hanyecz opisał nawet dodatki: cebula, papryka, kiełbasa, grzyby, pomidory lub pepperoni; żadnych dziwnych rybnych składników. Oferta brzmiała kapryśnie, lecz jej warunek był precyzyjny. Nie chciał kupić pizzy kartą i samemu sobie wysłać bitcoinów. Potrzebował drugiej strony, która przyjmie Bitcoin jako zapłatę i załatwi resztę.
Jeden z uczestników forum oszacował, że na ówczesnym rynku 10 000 BTC można sprzedać za około 41 dolarów. Hanyecz napisał później, że dwie pizze kosztują łącznie około 25 dolarów albo 30 dolarów z hojnym napiwkiem. Kwota 41 dolarów nie pochodziła więc z paragonu. Była porównaniem jego oferty z ówczesną ceną rynkową bitcoina.
Dziesięć tysięcy monet brzmi dziś absurdalnie, ale ówczesna skala była inna. Nagroda za jeden wydobyty blok wynosiła 50 BTC, a trudność była znikoma wobec dzisiejszej. Hanyecz nie wyceniał kolacji według przyszłej rzadkości; szukał kursu pomiędzy dwiema rzeczami, które już istniały, ale nie miały wspólnego rynku: cyfrowym saldem i gotowym posiłkiem.
W wątku pięknie widać, jak mały i ludzki był tamten świat. Jeden użytkownik zapytał, w jakim kraju mieszka Laszlo. Inny, piszący z Europy, zastanawiał się, czy amerykańska pizzeria przyjmie zagraniczną kartę i nie uzna zamówienia za żart. Hanyecz spokojnie dopisywał miasto, kod pocztowy i możliwość zamówienia telefonicznego. Nie rozwiązywał globalnej rewolucji pieniężnej. Zastanawiał się, jak dostarczyć pod drzwi dwa ciepłe pudełka.
To wyjaśnia także niezwykle wysoką ofertę. Dziesięć tysięcy BTC nie było ceną wydrukowaną przez Papa John’s; stanowiło wynagrodzenie za cały łańcuch drobnych niedogodności. Ktoś musiał uwierzyć Hanyeczowi, zaryzykować własne pieniądze, zamówić jedzenie na cudzy adres i zaczekać na transakcję Bitcoin. Rynek powstawał właśnie w takich sytuacjach, gdy cena wyraża nie tylko towar, lecz także niepewność, czas i gotowość, by być pierwszym.
Jercos podnosi rękę
Po trzech dniach Hanyecz zapytał jeszcze, czy oferowana suma nie jest zbyt niska. Następnego wieczoru mógł już ogłosić sukces: wymienił 10 000 BTC na pizzę i podziękował użytkownikowi jercos. Za pseudonimem stał Jeremy Sturdivant, który zamówił dwie pizze Papa John’s i kazał dostarczyć je do Jacksonville.
Nie był to moment, w którym dostawca otworzył portfel Bitcoin. Pomiędzy dwoma światami stał pośrednik: z jednej strony zapłacił zwykłymi pieniędzmi, z drugiej przyjął bitcoin. Właśnie dlatego ta historia jest ważna. Waluta nie potrzebuje, by od pierwszego dnia przyjmował ją cały łańcuch handlowy. Potrzebuje dwóch ludzi, którzy uzgodnią, co między sobą wymienią.
Na forum pozostało zdjęcie dwóch pudełek i krótkie potwierdzenie obu stron. To skromny dowód przeciw późniejszemu mitowi: żadnej uroczystości, informacji prasowej ani firmowego partnerstwa. Tylko publiczna oferta, człowiek gotowy ponieść ryzyko kursowe i dostawa przez zwyczajną pizzerię. Bitcoin wszedł do handlu raczej dzięki improwizacji niż planowi.
Jeremy Sturdivant był wówczas dziewiętnastoletnim studentem z Kalifornii i występował na forum jako jercos. Nie posiadał pizzerii i nie znał Laszla osobiście. Zrobił to, co robi dobry pośrednik: przeczytał ofertę, obliczył własne ryzyko i połączył dwa systemy płatnicze, które nie umiały ze sobą rozmawiać. Papa John’s dostał dolary, Hanyecz pizzę, a Sturdivant bitcoiny. Każda strona otrzymała dokładnie to, czemu przypisywała wtedy wartość.
Gdy wieczorem 22 maja Hanyecz napisał, że transakcja doszła do skutku, Martti Malmi, używający pseudonimu Sirius, pogratulował mu osiągnięcia. Na zdjęciu widać było także małą córkę Hanyecza; później pisał, że lubi rozmazywać pizzę po twarzy. Ten domowy szczegół mocno osadza historię w rzeczywistości. Za historyczną transakcją nie stała abstrakcyjna masa użytkowników, lecz rodzina przy stole i dwóch młodych ludzi, którzy doprowadzili dziwny internetowy handel do końca.
„Najdroższa kolacja” to błędna puenta
Przeliczenie 10 000 BTC po dzisiejszym kursie robi z historii groteskę o człowieku, który wyrzucił fortunę. Jednak w maju 2010 roku nie istniała przyszła cena, którą Hanyecz mógł znać. Bitcoin był eksperymentem z maleńkim rynkiem i niemal bez codziennego użycia. Wartość, którą dziś przeliczamy, powstała także dlatego, że ktoś chciał monety wydać.
Hanyecz pozostawił ofertę otwartą także w czerwcu. W sierpniu ją zawiesił, wyjaśniając, że nie wydobywa już tysięcy monet dziennie. Warunki wydobycia zmieniały się i nie mógł stale proponować równie hojnej wymiany. Oprócz samej płatności historia pokazuje krótki okres, w którym jedna osoba mogła regularnie zamieniać efekty domowego wydobycia na jedzenie.
Także odbiorca, Jeremy Sturdivant, nie zachowywał się jak człowiek, który właśnie zdobył rodzinny skarb. Według późniejszych wspomnień wydawał monety i używał ich w podróży. Obie strony traktowały więc bitcoin jako środek wymiany, nie nietykalną relikwię. Dopiero spojrzenie wstecz robi z ich zwykłego handlu tragedię.
Ta retrospektywa ma kuszącą logikę: bierze dzisiejszą cenę, mnoży przez dawną sumę i tworzy łatwy do udostępnienia nagłówek. Pomija jednak wszystkie alternatywy, które wtedy były równie możliwe. Projekt mógł zniknąć, program pozostać zabawką kilku kryptografów, a 10 000 jednostek nigdy więcej nie kupić nawet kolacji. Hanyecz nie ryzykował pewnych przyszłych miliardów. Wymieniał niepewny produkt swojego komputera na pewną sobotnią kolację.
Nie był to ostatni bitcoinowy przelew, na jaki Hanyecz mógł sobie pozwolić. Po pierwszym udanym zamówieniu ponowił ofertę, a później podziękował wszystkim, którzy kupili mu pizzę. Za jedną transakcją poszło kilka kolejnych. Jego wpisy nie wyjaśniają jednak dokładnej przyczyny późniejszego wzrostu ceny bitcoina. Dokumentują coś bardziej konkretnego: oferta działała, ludzie z niej korzystali, a Hanyecz ograniczył ją, gdy wydobycie przestało pozwalać mu równie łatwo ją finansować.
Dzień, w którym saldo stało się pieniądzem
Bitcoin już wcześniej przechodził między ludźmi. Pizza dała jednak obraz zrozumiały dla każdego: dwa kartonowe pudełka na kuchennym stole w zamian za przelew bez banku. Abstrakcyjny Bitcoin, sieć peer-to-peer, zyskał pierwszy łatwy do opowiedzenia dowód, że potrafi koordynować handel.
Każdy 22 maja przypomina więc coś więcej niż kurs. Przypomina konieczność obiegu. Pieniądze, których nikt nigdy nie użyje, pozostają hipotezą; pieniądze, z którymi ludzie ryzykują niezręczność, nieporozumienie i cztery dni czekania na kolację, zaczynają żyć.
Pizza Day nie udowodnił, że cena była właściwa ani że Bitcoin spełniał już wszystkie funkcje pieniądza. Pokazał rzecz węższą i ważniejszą: jednostkę można było dobrowolnie przyjąć za coś o oczywistej wartości użytkowej. Od tej chwili można było dyskutować nie tylko o tym, czy Bitcoin działa technicznie, lecz także o tym, za co ludzie naprawdę go wymienią.
Bitcoiny wymieniano na zwykłe pieniądze już przed tą sobotą, o czym przypomina porównanie cen w samym wątku. Pizze nie stworzyły więc pierwszej ceny z niczego. Do opisów technicznych, działających węzłów i zapisów bloków dodały obraz zwyczajnej kolacji. Nie dowodziło to powszechnej akceptacji. Był to zrozumiały przykład dwóch osób, które uzgodniły wymianę i doprowadziły ją do końca za pomocą bitcoina.
Dlatego więcej sensu ma pamiętanie obu mężczyzn niż samej sumy. Laszlo Hanyecz potrzebował czegoś zwyczajnego i publicznie powiedział, ile za to da. Jeremy Sturdivant dostrzegł okazję i załatwił resztę. Żaden nie znał końca historii, a obaj ryzykowali tylko tyle, ile uważali wówczas za dopuszczalne. Bitcoin Pizza Day jest sławny właśnie dlatego, że przez kilka godzin historia mieściła się w zwyczajnej decyzji dwóch ludzi: jeden był głodny, a drugi powiedział „tak”.
Postacie i pojęcia w Atlasie
Źródła i granice opowieści
- 01BitcoinTalk — Pizza for bitcoins? (oryginalny wątek)
Oferta, ówczesne przeliczenie na 41 USD, potwierdzenie wymiany i późniejsze zakończenie oferty.
- 02Associated Press — Bitcoin Pizza Day po piętnastu latach
Niezależna rekonstrukcja roli Jeremy’ego Sturdivanta i dostawy Papa John’s.
- 03Meridian 2140 Atlas — Bitcoin Pizza Day
Krótki profil terminologiczny i powiązane hasła.